Nawet poranek zdaje się jeszcze sny swoje trawić, noc nie zaścieliła wciąż swego łoża. Jednak ty stoisz pośrodku rozdarty, między słońcem a księżycem. Z zaklejonymi oczami i zamkniętą buzią mówisz w głowie, czas wstawać. Ani dzień, ani noc, lecz zegar władzę nad tobą przejmuje, rzemieniem na twych plecach minuty swe chłosta. Choć jesteś jednym z milionów wydaje się boleć, jak byś był jedyny. Ból do kieszeni odkładasz i powoli rozum uruchamiasz. Krok za krokiem między słońcem a księżycem. Marsz pracownika!

Leave a Reply